DIABEŁ WIDORADZKI
Widoradz (wg A.A. Kosińskiego "Miasta...")

Pan Marek na Widoradzu,
był Kasztelanem w Sieradzu.
A że nie opłacał sługi,
diabeł go porwał za długi.

(z piosenki ludowej w okolicach Wielunia).

Na południowy wschód od Wielunia, pod Rudą szeroko rozciągają się rozległe łąki i bagna, które od pobliskiej wsi nazywają Widoradzkimi. Dziś są już w większości zmeliorowane. Gdzieniegdzie też groble usypano, aby w różne strony można suchą nogą przejść. Niegdyś miejsca te omijano z daleka. Trzęsawisko wciągało i coraz bardziej wciągało im bardziej ktoś się zapierał, by się z niego wydostać, tym gwałtowniej go wchłaniało. Były tu i topiele i wody stojące, zarosłe, zakisłe...
Ba! Było to miejsce nieczyste i przez diabły chętnie zamieszkiwane. Szczególnie polubił bagna pod Widoradzem diabeł Widoradzki. Diabła tego zwą także Zarębą, ponieważ nim został diabłem, takim herbem się pieczętował i był ponoć kasztelanem rudzkim na zamku w Widoradzu. Mimo wysokiego stanowiska, kasztelan trudnił się łupiestwem, dopuścił się nawet zdrady kraju. Za to po śmierci został skazany na wieczne piekło i szatańskie uprawiał praktyki.
Diabeł Widoradzki vel Zaręba był diabłem złośliwym. Podobnie jak jego kompan diabeł Boruta z Łęczycy, lubił ubierać się po szlachecku. Dla większej fantazji jeździł zwykle na koniu. Obiektem jego figlów bywała przeważnie okoliczna szlachta, a najczęściej pijani jej przedstawiciele. Gdy ktoś z takich przejeżdżał lub przechodził przez jego królestwo, diabeł ze świstem i wyciem chwytał nieszczęśnika, unosił na skrzydlatym koniu nad najgłębsze, bagniste topiele, nurzał w błocie, topił w rzece i znów rzucał do błota. Gdy był w dobrym humorze na koniec wieszał takiego nieszczęśnika za pas na wierzbie i po wychłostaniu - zostawiał na los szczęścia.
Bywało, że pokąpał go w błocie i mocno poturbował, to jeszcze tak mu wzrok otumanił, że ów nie wiedząc o tym, szedł w innym kierunku, albo też kręcił się wokół swej chaty, ale trafić do niej nie mógł. Nie spał, nie jadł, nie pił, wciąż jak obłąkany chodził w kółko. Dopiero po tygodniu bielmo spadło biedakowi wreszcie z oczu i ze zdziwieniem stwierdził, że znajduje się tuż pod swoim domem.

Tak-że to pan z Olewina,
wysuszył dziś garniec wina?
Za to na wieki z hołotą
żłopać odtąd będzie błoto!

W okolicznych kościołach modlono się dawniej tymi słowy: "Od powietrza, głodu, ognia, wojny i od Widoradza, zachowaj nas, Panie!"

* *
*

Wśród łąk i bagnisk w Widoradzu, około 2 km na północny zachód od Rudy znajdują się dość wyraźne ślady wczesnośredniowiecznego grodziska o kształcie pierścienia i średnicy około 100 m, otoczone czterema wałami. Powstało prawdopodobnie w V w., a rozbudowano je w XII i XIII w. Na przełomie XIII i XIV w. zostało spalone. Przypuszcza się, iż w X - XII w. grodzisko to stanowiło siedzibę opola, a w XII i XIII w. - kasztelani rudzkiej, przed przeniesieniem jej do Wielunia. Jak dotąd, nie potwierdziła tego ani historia, ani archeologia.


ŚWIĘTY WOJCIECH I AMONITY
Ruda (wg W.G. Gawareckiego "Wiadomości...")

Święty Wojciech przechodził kiedyś z Krakowa do Gniezna. Miało się już ku wieczorowi, kiedy znużony dotarł w pobliże osady Ruda zwanej i przysiadł odpocząć na powalonym pniu drzewa. Sam nie zdawał sobie sprawy, kiedy zasnął. Nie wiedział, że w pobliżu znajdowało się duże gniazdo węży. Gady, zaniepokojone pojawieniem się człowieka, podpełzły pod ogień, otoczyły świętego i groźnym sykaniem pragnęły przepłoszyć nieproszonego gościa ze swojego królestwa. Święty słyszał przez sen to sykanie, ale początkowo nie reagował. Wówczas jeden z węży ukąsił go boleśnie. Zerwał się święty, a ponieważ z natury był wybuchowy, zawrzał wielkim gniewem, pochwycił leżący obok pastorał i krzyknął: "Bodajbyście skamieniały". Tak się też natychmiast stało. Te skamieniałe węże dotychczas dają się widzieć w bliższej i dalszej okolicy. Są to tak zwane amonity, występujące na całej Wyżynie Krakowskiej.
Święty Wojciech na pamiątkę swej przygody z wężami ufundował podobno w Rudzie kościół, w którym odprawił pierwszą mszę święta.

* *
*

Jak naucza historia, Ruda rzeczywiście należy do największych osad na terenie całej dawnej ziemi wieluńskiej. Już w okresie wczesnego średniowiecza stanowiła główny ośrodek odrębnego terytorium plemiennego, zwanego ziemią rudzką. W Rudzie też wówczas mieściła się samodzielna kasztelania rudzka. Być może, iż w czasach, kiedy żył św. Wojciech, w siedzibie kasztelana wznosił się drewniany kościół lub raczej kaplica zamkowa, której powstanie legenda przypisuje św. Wojciechowi. Tym bardziej, że obecny murowany, romański kościół pochodzi z przełomu XI i XII w.


JAK TATARZY UGRZĘŹLI W BŁOTACH WIDORADZKICH
Widoradz (wg O. Kolberga "Lud...")

Wokół dawnego, jeszcze z czasów przedhistorycznych pochodzącego, grodziska w Widoradzu rozciągają się rozległe bagniska, prze które bez korzystania z grobli jeszcze dziś trudno jest przebrnąć.
W XIII w. hordy tatarskie często zapuszczały się w głąb Polski. Jedno pokolenie Polaków czasem po kilkakroć oświadczyło na sobie skutków tych najazdów. W 1240 roku jedna z takich hord przybyła w okolice Widoradza. Uchodzące przed nimi oddziały polskie schroniły się w obronnych murach Wielunia. Tatarzy, rozzuchwaleni dotychczasowymi powodzeniami, pragnęli jak najszybciej dojść do Wielunia, zdobyć go i pognać dalej na zachód.
Był już wieczór i kanały, które ściągały wodę z trzęsawiska widoradzkiego, w gęstniejącym coraz bardziej mroku zdawały się Tatarom węższe niż były w rzeczywistości i łatwe do przeskoczenia na koniach.
Przeliczyli się! Pierwszy rząd wojowników wpadł do głębokich kanałów i potopił się. Następni nie zdołali już powstrzymać rozpędzonych koni, a przecież dalsi też ich popychali i tak zasłali drugim pokotem swych współbraci. I tak fala tatarska za falą zapadała się w błota widoradzkie. W końcu żaden Tatar żywy nie pozostał, błota wymościły się trupami ludzi i koni.


SABAT CZROWNIC NA GÓRZE ŚWIĘTEJ GENOWEFY
Bobrowniki (wg Z. Zadwornego "Tajemnice...")

Góra Świętej Genowefy to najdalej na północ wysunięty skalny ostaniec jurajski. Stanowi on prawie skrzydło szerokiej skalnej bramy, której środkiem płynie Warta. Natomiast lewą stronę Doliny Warty zamyka mniej okazała Góra Wapiennik.
Góra Świętej Genowefy ma swą własną "twarz". Jeśli spojrzymy na jej profil od strony wschodniej, wówczas objawi nam się jako gigantyczna czaszka kościotrupa, patrzącego pustymi oczodołami gdzieś w nieprzeniknioną dal.
Około północy skała zaczyna tętnić własnym życiem. Na jej wierzchołku pojawiają się pierwsze diabły i czarownice, nadlatujące na miotłach ze wszystkich stron. Rozpoczynają się herce. Szybko przybywa wiedźm i szatanów,ledwo miejsca na skale dla nich starcza. W końcu nadlatują Lucyper i Belzebub. Trwa Sabat. Daleko wokół rozlegają się niesamowite okrzyki, chichoty piekielne. Ciągnie się to wszystko do przedświtu. Z chwilą pojawienia się od strony Działoszyna pierwszego brzasku, diabły i czarownice momentalnie pierzchają na wszystkie strony i rozpływają się w przestrzeni.


WYGNANKA Z PARZYMIECH
Bobrowniki (wg Z.Zadwornego "Tajemnice...")

Skalne ściany Góry Świętej Genowefy są bardzo zwietrzałe, skruszone, popękane, pokryte niewielkimi grotami. Jedna z największych grot jest tak uformowana, że stanowi rodzaj fotela z oparciem na ręce i podnóżkiem. Po prawej stronie znajduje się miejsce do siedzenia dla drugiej osoby.
Do groty tej ludności pobliskich Bobrownik przypisała następujące podanie. Właścicielem tych okolic był dziedzic dóbr w Parzymiechach. Sam nie był już w kwiecie wieku, ale miał znacznie młodszą od siebie żoną Genowefę i syna. Pewnego dnia ów dziedzic przyłapał żonę na zdradzie małżeńskiej. Uniósł się więc gniewem i wygnał ją wraz z dzieckiem precz z domu, zabraniając powrotu.
Nieszczęsna bezdomna tułała się przez kilka dni z dzieckiem po okolicy, aż znalazła się pod tą skałą. Weszła do groty i wspólnie z synem zamieszkała w niej. Skała ulitowała się nad wygnańcami, udzieliła przytuliska, a żeby było im wygodniej, przybrała kształt fotela.


WIELUŃ OD JELENIA WZIĄŁ SWÓJ POCZĄTEK
(wg P. Rosina "Ziemia...")

Był rok 1217. W miejscu dzisiejszego Wielunia szumiała bezkresna puszcza. Leżała ona wówczas na terenie ziemi rudzkiej w księstwie kaliskim, którego udzielnym władcą był wtedy Władysław Odonicz zwany Plwaczem. W podanym wyżej roku polował on w owej puszczy. Wtem zobaczył ogromnego jelenia i w pogoni za nim zapuścił się w gęstwinę. Nagle jeleń zniknął, a zdumiony książę ujrzał jasność niezwykłą. Na jej tle ukazał się baranek, a pod nim kielich z hostią.
Książę, zbudowany niezwykłym wydarzeniem, nakazał w tym miejscu wyciąć las i zbudować kościół pod wezwaniem Bożego Ciała, który powierzył opiece augustianów. Wokół kościoła powstała wkrótce osada, od słów "wielki jeleń" nazwana początkowo Jeleniem, później Wieleniem, a w końcu Wieluniem.
Podobno na pamiątkę tego cudownego zjawiska powstał też herb ziemi wieluńskiej, przedstawiający baranka z chorągiewką i krzyżem.
Według innego podania nazwa Wielunia pochodzi od "wielu źródeł", wśród których miasto powstało.

* *
*

Jest bardzo prawdopodobne, że Wieluń został założony w podanym w legendzie roku 1217, a w każdym razie w jego pobliżu. Natomiast legenda o Odoniczu i jeleniu jest prawdopodobnie wymysłem augustianów, którzy przez jej rozpowszechnienie pragnęli zyskać większą popularność. Pierwszymi opiekunami wieluńskiego kościoła byli zresztą nie ci zakonnicy, lecz miejscowi eremici, augustianie zaś przybyli do Wielunia dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego.
Zaś rzeczywiste pochodzenie nazwy "Wieluń" nadal nie jest znane.


POZAZDROŚCIŁO PAJĘCZNO SMOKA KRAKOWOWI I MA SWEGO PAJĄKA
(wg O. Kolberga "Lud...")

Pajęczno należy do najstarszych miast w Polsce. Pewnego razu zjawił się straszliwy potwór. Trudno uwierzyć, ale był to pająk. Ale nie taki zwykły sobie pajączek. Kiedy stanął na rynku, to od razu pół placu zajął. Jednak nie to było jeszcze najgorsze. Najgorsze było to, że żądał od mieszczan, by go żywili. Możecie sobie wyobrazić, ile taki olbrzym zjadał! Życzył też sobie wykonania wielu innych uciążliwych czynności. Nikt nie miał odwagi przeciwstawić się pająkowi, obawiając się jego srogiej zemsty.
Znalazł się w końcu jakiś śmiałek który podstępem pozbawił go życia. Miasto odetchnęło. Jego piękną skórę garbarze wyprawili i użyli do ozdobienia różnych użytecznych przedmiotów. Między innymi podobno obito nią drzwi starego, drewnianego kościoła parafialnego, dziś już nie istniejącego.
Na pamiątkę tego wydarzenia miasto nazwano Pajęcznem. Ale jak właściwie było z tą nazwą - nie wiadomo.


Stat4u